Od pewnego czasu (śmierci Patryka) moje życie trochę się uspokoiło, ale niestety tylko na chwilę. Dobra nie będę o tym mówić... Teraz czas na pozytywy. Neymar dał sobie spokój. Teraz jest z tą Daniellą, jakoś nikt nie wróży im długiego związku, ale cieszę się, że kogoś sobie znalazł i, że zostawił mnie wreszcie w spokoju. Z Marciem mamy się dobrze zero kłótni, zero problemów. Żyć nie umierać. Kun musiał już wyjechać. No bo wiecie wakacje nie trwają wiecznie. Szkoda, z nim nigdy nie można było się nudzić. Zawsze będzie dla mnie najważniejszą osobą w końcu uratował mi życie. Kto wie do czego zdolny był Patryk? Właśnie... Wracając do niego, nie byłam na pogrzebie. Nie umiałam. Ale to może i lepiej? Po co miałam tam iść? Nie będę przecież udawać, że mi smutno z powodu jego śmierci. Tak, może i nie powinnam tak robić, ale gdyby nie on moje życie nie było by takie jakie jest. Ten wypadek, porwanie wszystko z jego winy! Dobra koniec z Patrykiem. Czas wrócić do normalnego zycia.
-Aniela.-podszedł do mnie Marc calujac czułe w usta.
-Tak?-usmiechnelam się szeroko w jego stronę.
-Jakiś list do ciebie.-nadal z szerokim uśmiechem wzięłam ukochanemu z ręki kopertę i usiadłam na kanapie. Najpierw otworzyłam, potem rozwinęłam i zaczęłam czytać.
-An co jest?-moje życie ponownie się zawaliło. Nigdy nie zasługiwałam na szczęście. Nigdy!
-Aniela.-podszedł do mnie Marc calujac czułe w usta.
-Tak?-usmiechnelam się szeroko w jego stronę.
-Jakiś list do ciebie.-nadal z szerokim uśmiechem wzięłam ukochanemu z ręki kopertę i usiadłam na kanapie. Najpierw otworzyłam, potem rozwinęłam i zaczęłam czytać.
-An co jest?-moje życie ponownie się zawaliło. Nigdy nie zasługiwałam na szczęście. Nigdy!
-Moi... Moi rodzice oni...-nie potrafiłam dokończyć.
-Co z nimi?-stanął naprzeciwko mnie i zaczął wycierac moje mokre policzki.
-Nie żyją.-patrzyłam tępo w ścianę nic nie mówiąc. To była mała cisza przed burzą bo po krótkiej chwili wybuchlam głośnym płaczem.-Jutro jest pogrzeb.
-Ale jak to? Co się stało?!-pytał ciągle niedowierzajac temu co usłyszał Marc.
-Dom się spalił. Najwyraźniej niefortunny wypadek...-przestałam płakać-Idę.. Idę się spakować. Zamów lot.-mówiłam to ze spokojem i bez żadnych emocji. Po prostu nie miałam na noc siły. Moje życie wtedy to była zwykła pomyłka. Znowu to samo, przez miesiac byłam szczęśliwa żeby znowu cierpieć. Co jeszcze? To było za dużo jak na mnie.
-Co z nimi?-stanął naprzeciwko mnie i zaczął wycierac moje mokre policzki.
-Nie żyją.-patrzyłam tępo w ścianę nic nie mówiąc. To była mała cisza przed burzą bo po krótkiej chwili wybuchlam głośnym płaczem.-Jutro jest pogrzeb.
-Ale jak to? Co się stało?!-pytał ciągle niedowierzajac temu co usłyszał Marc.
-Dom się spalił. Najwyraźniej niefortunny wypadek...-przestałam płakać-Idę.. Idę się spakować. Zamów lot.-mówiłam to ze spokojem i bez żadnych emocji. Po prostu nie miałam na noc siły. Moje życie wtedy to była zwykła pomyłka. Znowu to samo, przez miesiac byłam szczęśliwa żeby znowu cierpieć. Co jeszcze? To było za dużo jak na mnie.
***
-Marc...-stałam przed drzwiami samolotu, bałam się tego, że nie wytrzymam psychicznie gdy zobaczę dom i kiedy powrócą wszystkie wspomnienia z dzieciństwa. Wiktor, rodzice. W parę sekund straciłam całą rodzinę.
-Tak?-złapał mnie za rękę.-Czemu nie wchodzisz?-kontynuował.
-Boję się.-popatrzylam to raz na niego a raz na samolot, który miał nas przenieść do miejsca gdzie się urodziłam i spędziłam najlepsze lata w życiu. Miejsce gdzie jedliśmy posiłki, gdzie graliśmy razem w gry, gdzie plakaliśmy, smialismy się zniknęło. Bałam się zobaczyć tylko i wyłącznie popól w miejscu gdzie Jeszce rok temu mieszkałam.
-Ej... Mała nie bój się. Jestem tu przecież z tobą. Zapomnialas?-uśmiechnął się i złapał za rękę po czym weszliśmy do samolotu. Lecielismy nocą Marc cały czas namwial mnie abym poszła spać. Nie chciałam, ale tak na prawdę nie umiałam. Wtuliłam się w jego ramię, przykryłam kocem z podobizna mojego ukochanego i wreszcie zapadłam w długo oczekiwany nie tylko przeze mnie ale również przez Marca sen. Zaraz, to razczej nie był sen. Nazwalabym to raczej koszmarem. Zobaczyłam najpierw płomienie, potem dom a na końcu moich rozdzicow i brata którzy krzyczeli i plakali z bólu. Od razu gdy to zobaczyłam podskoczylam budząc się.
-Co się stało?-zapytał zdziwiony Marc. Obudziłam go tym.
-Nic, po prostu mnie pocałuj.-on się lekko uśmiechnął i spełnił moje rzadanie. Poczułam się o niebo lepiej. Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie od razu wyszliśmy z samolotu pedzac na ulice aby złapać taksówkę, która miała nas zawieść do mojego "domu". Kiedy byliśmy co raz bliżej uscisnelam mocno jego dłoń na znak, że zaraz będziemy wysiadac. To co tam zobaczyłam nie można było nazwać budynkiem mieszkalnym. Zawalony dach, ściany. Kompletna ruina. Porozgladalismy się trochę.
-Wejdę.-pognalam do przodu, a piłkarz za mną.
-Aniela, to raczej niebezpieczne.-złapał mnie za rękę nie pozwalając abym szła dalej.
-Puść! Ja muszę!-wyrwalam mu się i nie ustępując kroku szłam dalej. Ten poszedł za mną.
-Spójrz!-wskazalam palcem gdy byliśmy w moim jeśli można to tak nazwać pokoju. Na co wzkazalam? Na mój pamiętnik. Tak, pamiętnik. Leżał pod czymś co jeszcze niedawno robiło za łóżko. Podeszłam bliżej otrzepalam z popiołu i otworzyłam.
-A tak w ogóle.-popatrzyłam na niego.-Jak to możliwe, że on ten no... Żyje czy coś.
-Żyje?-zasmiałam się. To był od ostatniego czasu mój pierwszy sczery śmiech.
-No przecież wiesz o co mi chodzi.-udawał obrażonego.
-Dzięki tobie uczę się nowych języków.-spojrzał na mnie.-Na przykład twojego. Uwierz mi nie jest tak łatwo cię zrozumieć.
-Tak?-złapał mnie za rękę.-Czemu nie wchodzisz?-kontynuował.
-Boję się.-popatrzylam to raz na niego a raz na samolot, który miał nas przenieść do miejsca gdzie się urodziłam i spędziłam najlepsze lata w życiu. Miejsce gdzie jedliśmy posiłki, gdzie graliśmy razem w gry, gdzie plakaliśmy, smialismy się zniknęło. Bałam się zobaczyć tylko i wyłącznie popól w miejscu gdzie Jeszce rok temu mieszkałam.
-Ej... Mała nie bój się. Jestem tu przecież z tobą. Zapomnialas?-uśmiechnął się i złapał za rękę po czym weszliśmy do samolotu. Lecielismy nocą Marc cały czas namwial mnie abym poszła spać. Nie chciałam, ale tak na prawdę nie umiałam. Wtuliłam się w jego ramię, przykryłam kocem z podobizna mojego ukochanego i wreszcie zapadłam w długo oczekiwany nie tylko przeze mnie ale również przez Marca sen. Zaraz, to razczej nie był sen. Nazwalabym to raczej koszmarem. Zobaczyłam najpierw płomienie, potem dom a na końcu moich rozdzicow i brata którzy krzyczeli i plakali z bólu. Od razu gdy to zobaczyłam podskoczylam budząc się.
-Co się stało?-zapytał zdziwiony Marc. Obudziłam go tym.
-Nic, po prostu mnie pocałuj.-on się lekko uśmiechnął i spełnił moje rzadanie. Poczułam się o niebo lepiej. Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie od razu wyszliśmy z samolotu pedzac na ulice aby złapać taksówkę, która miała nas zawieść do mojego "domu". Kiedy byliśmy co raz bliżej uscisnelam mocno jego dłoń na znak, że zaraz będziemy wysiadac. To co tam zobaczyłam nie można było nazwać budynkiem mieszkalnym. Zawalony dach, ściany. Kompletna ruina. Porozgladalismy się trochę.
-Wejdę.-pognalam do przodu, a piłkarz za mną.
-Aniela, to raczej niebezpieczne.-złapał mnie za rękę nie pozwalając abym szła dalej.
-Puść! Ja muszę!-wyrwalam mu się i nie ustępując kroku szłam dalej. Ten poszedł za mną.
-Spójrz!-wskazalam palcem gdy byliśmy w moim jeśli można to tak nazwać pokoju. Na co wzkazalam? Na mój pamiętnik. Tak, pamiętnik. Leżał pod czymś co jeszcze niedawno robiło za łóżko. Podeszłam bliżej otrzepalam z popiołu i otworzyłam.
-A tak w ogóle.-popatrzyłam na niego.-Jak to możliwe, że on ten no... Żyje czy coś.
-Żyje?-zasmiałam się. To był od ostatniego czasu mój pierwszy sczery śmiech.
-No przecież wiesz o co mi chodzi.-udawał obrażonego.
-Dzięki tobie uczę się nowych języków.-spojrzał na mnie.-Na przykład twojego. Uwierz mi nie jest tak łatwo cię zrozumieć.
***
Było już po pogrzebie. Usiadłam przed grobem i pogrążyłam się w myślach. Nadal nie umiałam pogodzić się z tym, że oni nie żyją... Ze już ich ze mną nie ma. Nikomu tego nie życzę. Tego bólu, strachu przed samotnością. Miałam jeszcze Marca, ale nikt nigdy nikomu nie zastąpi rodziny. Nigdy.
-Będę tęsknić...-spłynęło mi parę łez. po policzkach, a następnie opadły na ziemię.
-Idziemy?-uśmiechnął się sztucznie w moją stronę Marc.
-Idziemy.
Mieliśmy zostać w Polsce jeszcze parę dni, ale Marc miał treningi, więc trzeba bylo wracać do Hiszpanii. Miałam ostatnio ostre bóle brzucha, więc stwierdziłam, że zaraz po przylocie udam się do lekarza. Zresztą i tak musiałam udać się na badania kontrolne. Siedziałam na krześle i czekałam aż wypowiedzą moje nazwisko.
-Panna Aniela Rozuz proszona do sali.-rozbrzmiał głos pani doktor z sali numer 9.
-Dzień dobry. Są już wyniki?-spytalam nie pewnie.
-Tak są... Proszę usiąść.
-Czy wszystko w porządku? Jakoś dziwnie pani na mnie patrzy.-zdziwiona patrzyłam na zmartwiona minę pani Sanito.
-Ah... Jak by to pani.. mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Chyba nie muszę pytać, która pierwsza prawda?-ja tylko pokiwalam głową na znak, że zgadzam się z tym co powiedziała.-Dobra jest taka, że jest pani w drugim miesiącu ciąży.-uśmiechnęła się życzliwie.
-A... Ta zła?
-Po dodatkowych badaniach wynika, że ma pani guza mózgu... Jeśli zdecyduje się pani urodzić dziecko niestety przyspieszy to działanie choroby przez co szanse na wyleczenie pani zmniejszą się do 20%.-jeszcze tego mi brakowało. Rak... Siedząc przed Panią Sanito nie umiałam wydusić z siebie żadnego sensownego zdania. Cały czas zadawałam sobie pytanie za co Bóg ukarał mnie tym wszystkim co się stało.
-Co pani sobie myśli? Że będę ratować swoje życie wiedząc, że we mnie rodzi się nowe? Dla mnie najważniejsze jest w tej chwili moje dziecko i nigdy nie zdecyduje się na aborcję choćbym dzięki temu wygrała z chorobą!-wybiegłam z sali zalewając się gorzkimi łzami. Usiadłam w poczekalni, wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam po Marca. Nie miałam zamiaru mówić mu o chorobie. Przydzie taki czas, że mu powiem, ale wszystko w swoim czasie. Zostało mi nie całe 7 miesięcy musiałam w pełni korzystać z życia i cieszyć się faktem, że mam Marca i nienarodzone jeszcze dziecko. Powiedziałam mu żeby przyjechał. W między czasie poszłam do łazienki aby się trochę ogarnąć, nie mógł zauważyć, że płakałam.
________________________________________________________________________________
Nie mam nic do powiedzenia... Jedyna prośba jest taka, abyście nic mi za to nie robili, ale no ta historia tak miała wyglądać. Został jeszcze jeden rozdział, epiog i żegnamy się z tym opowiadaniem. Mi jakoś smutno nie wiem jak wam :D ;cc Proszę też żeby każdy kto przeczyta zostawił po sobie ślad w postaci komentarza, ponieważ widzę, że czytacie bo są wyświetlenia, ale niestety nieliczni komentują. Chce wiedzieć jakie macie zdanie o tym opowiadaniu mimo, że wielkimi krokami zbliżamy się do końca. Chce mieć świadomość, że te moje wypociny, które pisałam prawie pół roku wam się podobają.
-Będę tęsknić...-spłynęło mi parę łez. po policzkach, a następnie opadły na ziemię.
-Idziemy?-uśmiechnął się sztucznie w moją stronę Marc.
-Idziemy.
Mieliśmy zostać w Polsce jeszcze parę dni, ale Marc miał treningi, więc trzeba bylo wracać do Hiszpanii. Miałam ostatnio ostre bóle brzucha, więc stwierdziłam, że zaraz po przylocie udam się do lekarza. Zresztą i tak musiałam udać się na badania kontrolne. Siedziałam na krześle i czekałam aż wypowiedzą moje nazwisko.
-Panna Aniela Rozuz proszona do sali.-rozbrzmiał głos pani doktor z sali numer 9.
-Dzień dobry. Są już wyniki?-spytalam nie pewnie.
-Tak są... Proszę usiąść.
-Czy wszystko w porządku? Jakoś dziwnie pani na mnie patrzy.-zdziwiona patrzyłam na zmartwiona minę pani Sanito.
-Ah... Jak by to pani.. mam dwie wiadomości. Dobrą i złą. Chyba nie muszę pytać, która pierwsza prawda?-ja tylko pokiwalam głową na znak, że zgadzam się z tym co powiedziała.-Dobra jest taka, że jest pani w drugim miesiącu ciąży.-uśmiechnęła się życzliwie.
-A... Ta zła?
-Po dodatkowych badaniach wynika, że ma pani guza mózgu... Jeśli zdecyduje się pani urodzić dziecko niestety przyspieszy to działanie choroby przez co szanse na wyleczenie pani zmniejszą się do 20%.-jeszcze tego mi brakowało. Rak... Siedząc przed Panią Sanito nie umiałam wydusić z siebie żadnego sensownego zdania. Cały czas zadawałam sobie pytanie za co Bóg ukarał mnie tym wszystkim co się stało.
-Co pani sobie myśli? Że będę ratować swoje życie wiedząc, że we mnie rodzi się nowe? Dla mnie najważniejsze jest w tej chwili moje dziecko i nigdy nie zdecyduje się na aborcję choćbym dzięki temu wygrała z chorobą!-wybiegłam z sali zalewając się gorzkimi łzami. Usiadłam w poczekalni, wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam po Marca. Nie miałam zamiaru mówić mu o chorobie. Przydzie taki czas, że mu powiem, ale wszystko w swoim czasie. Zostało mi nie całe 7 miesięcy musiałam w pełni korzystać z życia i cieszyć się faktem, że mam Marca i nienarodzone jeszcze dziecko. Powiedziałam mu żeby przyjechał. W między czasie poszłam do łazienki aby się trochę ogarnąć, nie mógł zauważyć, że płakałam.
________________________________________________________________________________
Nie mam nic do powiedzenia... Jedyna prośba jest taka, abyście nic mi za to nie robili, ale no ta historia tak miała wyglądać. Został jeszcze jeden rozdział, epiog i żegnamy się z tym opowiadaniem. Mi jakoś smutno nie wiem jak wam :D ;cc Proszę też żeby każdy kto przeczyta zostawił po sobie ślad w postaci komentarza, ponieważ widzę, że czytacie bo są wyświetlenia, ale niestety nieliczni komentują. Chce wiedzieć jakie macie zdanie o tym opowiadaniu mimo, że wielkimi krokami zbliżamy się do końca. Chce mieć świadomość, że te moje wypociny, które pisałam prawie pół roku wam się podobają.
Miałaś rację. Bardzo smutny ten rozdział. :/ Ale chyba nie mam prawa narzekać po tym, co ostatnio wywinęłam u siebie. ;*
OdpowiedzUsuńNo fakt, razem trochę namieszałyśmy :/ :*
UsuńA już myślałam, że w końcu będzie spokojnie, a tu taka tragedia. ;( Czy ty kiedyś zrobisz tak żeby dłużej nad nimi świeciło słońce, a nie wisiały czarne chmury? ;)
OdpowiedzUsuńCzekam na kolejny i nominowalam Cię do LBA. ;*
http://let-my-love-you.blogspot.com/2015/08/lba.html?m=1
No niestety, życie Anieli nigdy nie będzie spokojne. ;) i dziękuję za nominację <3
UsuńPrzeczytałam wszystkie rozdziały i ą świetne !! A ten rozdział ... też jest świetny, ale smutny. Jak urodzi ma małe szans na przeżycie ;/ Mam nadzieje, że jednak jakoś będzie dobrze, chociaż został tylko jeden rozdział i epilog ;'( pozdrawiam ;*
OdpowiedzUsuńZapraszam na 23 rozdział! ;)
OdpowiedzUsuńhttp://przeznaczeniedwochserc.blogspot.com/
Pozdrawiam ;*
Przeczytałam Twoje opowiadanie w 3h. Pokochałam je, ale po tym co tu przeczytałam już go nie lubię :( nie dość, że Barcelona przegrała mecz to Ty mnie jeszcze dołujesz takim rozdziałem :( Mam nadzieję, że w następnym będzie już weselej ;)
OdpowiedzUsuńNo tak... Ja też za wesoła po tym dwumeczu nie jestem. Ale mamy inne trofea i trzeba się nimi cieszyć! Nie ukrywam, że po końcowym gwizdku arbitra poleciało mi kilka łez. A co do rozdziału... Zobaczysz sama nie mogę nic na razie zdradzać. ;) i dziękuję, że moje opowiadanie ci się podoba ;*
Usuń