***Pół roku później...***
-Aniela... Kiedy będziesz miała zamiar mu powiedzieć? Czy on na prawdę jest tak tępy żeby myśleć, że jesteś taka słaba z powodu ciąży?-złapała mnie za rękę Shaki.
-No właśnie, wiedziałam, że jest głupi. Ale żeby aż tak?-dopowiedziała Antonella. Byłam w szpitalu. To był już ósmy miesiąc ciąży i siódmy miesiąc mojej choroby. Czułam, że zaczynam zbliżać się do końca. Jedynym pocieszeniem tego wszystkiego była świadomość, że to dziecko się urodzi i będzie mogło być przynajmniej z jego ojcem. Liczyłam też się z tym, że nigdy go nie zobaczę. Były szanse, ale nikłe. Mój stan z tygodnia na tydzień, dnia na dzień, godziny na godzinę i sekundy na sekundę pogarszał się co raz bardziej. Gdyby nie to, że moi przyjaciele wiedzieli, że to ja leżałam tam na tym łóżku szpitalnym nie poznali by mnie.
-Powiedziałam, że to zagrożona ciąża.
-A tak, a propo... Nie sądzisz, że robisz źle?-spytała niepewnie Argentynka. Cisza. Nic jej nie odpowiedziałam. Zastanawiałam się nad tym co powiedziała.
-Starałam się jak najlepiej wykorzystać ten ostatni czas. Nie chciałam żeby wiedział, bo nie traktowałby mnie normalnie. A kiedy będę umierać chce mieć świadomość, że chciał ze mną być z powodu miłości, a nie mojej choroby.
-Aniela! Ile razy mam ci mówić?! Nie umrzesz!-zganiła mnie Shakira.
-Umrę... Lekarze mówią, że mam jakieś pięć procent szans na przeżycie.
-A...Ale jak to? Przecież mówiłaś, że kiedy byłaś na wizycie, no wiesz kiedy dowiedziałaś się... To mówili, że dwadzieścia.
-Nie spodziewali się, że choroba będzie postępować tak szybko i gwałtownie...
-Przepraszam, czas wizyt się skończył.-wszedł do pokoju szpitalnego doktor Cattinitto. Dziewczyny pożegnały się ze mną zapewniając, że jutro przyjdą i posłusznie opuściły pomieszczenie.
-Mieć takich przyjaciół to skarb, wie pani?-uśmiechnął się lekarz.
-Tak wiem, oni to chyba jedyne szczęście, które mnie w życiu spotkało.-lekko uniosłam kąciki ust.-No i ono...-popatrzyłam się na swój brzuch.-Mimo, że nie zobaczę tego malca to i tak kocham go nad życie.-uronilam kilka łez.
-Wie pani co? Jak żyję, nigdy nie widziałem tak cudownej i silnej kobiety. Pomimo tego ile pani przeszła, nie poddaje się pani. I to się ceni.
-Dziękuję...-posłałam mu ciepły uśmiech.
-Noo, a tak w ogóle to przyszedłem tu w innej sprawie.-zaśmiał się.-Chciałaby pani poznać płeć maluszka?
-Pff pytanie. No jasne, że ta... Zaraz jeszcze nie. Poczekajmy, aż przyjdzie Tata dziecka.-poprawiłam kołdrę.-Albo, mógłby pan zadzwonić?-pan Canttinitto nie odpowiedział tylko wyszedł i tyle go widziałam. Uśmiechnęłam się w duchu. Zaraz miałam poznać płeć dziecka, które się we mnie rozwija i, które będzie miało najlepszego ojca na świcie. Marca Bartre.
-Aniela... Kiedy będziesz miała zamiar mu powiedzieć? Czy on na prawdę jest tak tępy żeby myśleć, że jesteś taka słaba z powodu ciąży?-złapała mnie za rękę Shaki.
-No właśnie, wiedziałam, że jest głupi. Ale żeby aż tak?-dopowiedziała Antonella. Byłam w szpitalu. To był już ósmy miesiąc ciąży i siódmy miesiąc mojej choroby. Czułam, że zaczynam zbliżać się do końca. Jedynym pocieszeniem tego wszystkiego była świadomość, że to dziecko się urodzi i będzie mogło być przynajmniej z jego ojcem. Liczyłam też się z tym, że nigdy go nie zobaczę. Były szanse, ale nikłe. Mój stan z tygodnia na tydzień, dnia na dzień, godziny na godzinę i sekundy na sekundę pogarszał się co raz bardziej. Gdyby nie to, że moi przyjaciele wiedzieli, że to ja leżałam tam na tym łóżku szpitalnym nie poznali by mnie.
-Powiedziałam, że to zagrożona ciąża.
-A tak, a propo... Nie sądzisz, że robisz źle?-spytała niepewnie Argentynka. Cisza. Nic jej nie odpowiedziałam. Zastanawiałam się nad tym co powiedziała.
-Starałam się jak najlepiej wykorzystać ten ostatni czas. Nie chciałam żeby wiedział, bo nie traktowałby mnie normalnie. A kiedy będę umierać chce mieć świadomość, że chciał ze mną być z powodu miłości, a nie mojej choroby.
-Aniela! Ile razy mam ci mówić?! Nie umrzesz!-zganiła mnie Shakira.
-Umrę... Lekarze mówią, że mam jakieś pięć procent szans na przeżycie.
-A...Ale jak to? Przecież mówiłaś, że kiedy byłaś na wizycie, no wiesz kiedy dowiedziałaś się... To mówili, że dwadzieścia.
-Nie spodziewali się, że choroba będzie postępować tak szybko i gwałtownie...
-Przepraszam, czas wizyt się skończył.-wszedł do pokoju szpitalnego doktor Cattinitto. Dziewczyny pożegnały się ze mną zapewniając, że jutro przyjdą i posłusznie opuściły pomieszczenie.
-Mieć takich przyjaciół to skarb, wie pani?-uśmiechnął się lekarz.
-Tak wiem, oni to chyba jedyne szczęście, które mnie w życiu spotkało.-lekko uniosłam kąciki ust.-No i ono...-popatrzyłam się na swój brzuch.-Mimo, że nie zobaczę tego malca to i tak kocham go nad życie.-uronilam kilka łez.
-Wie pani co? Jak żyję, nigdy nie widziałem tak cudownej i silnej kobiety. Pomimo tego ile pani przeszła, nie poddaje się pani. I to się ceni.
-Dziękuję...-posłałam mu ciepły uśmiech.
-Noo, a tak w ogóle to przyszedłem tu w innej sprawie.-zaśmiał się.-Chciałaby pani poznać płeć maluszka?
-Pff pytanie. No jasne, że ta... Zaraz jeszcze nie. Poczekajmy, aż przyjdzie Tata dziecka.-poprawiłam kołdrę.-Albo, mógłby pan zadzwonić?-pan Canttinitto nie odpowiedział tylko wyszedł i tyle go widziałam. Uśmiechnęłam się w duchu. Zaraz miałam poznać płeć dziecka, które się we mnie rozwija i, które będzie miało najlepszego ojca na świcie. Marca Bartre.
***
Do pokoju wszedł Marc. Podszedł bliżej położył rękę na moim brzuchu i złożył na moich ustach czuły pocałunek. Tylko w takich momentach zapominam o tych okropnych rzeczach, które w ostatnim czasie mnie spotkały.
-No to jesteśmy w komplecie.-zasmiał się doktor.-To jak?-chcą już państwo znać płeć waszej pociechy?-my pokiwaliśmy twierdząco głowami trzymając się za ręce.-Będzie to... Dziewczynka!
-Lisa...-powiedzieliśmy jak na zawołanie w tym samym momencie. Było to nadzwyczajne, ponieważ nie uwzglednialismy wcześniej jakie imię damy dziewczynce, a jakie chłopcu. Zaśmialismy się cicho i przytuliliśmy do siebie.
-No to ja już nie przeszkadzam.-puścił nam oczko i zniknął za białymi drzwiami. Kiedy na niego spojrzałam widziałam jak bardzo jest szczęśliwy. Nadal nie umiałam pogodzić się z tym, że za nie cały miesiąc stracę życie, Marca i Lise. Chciałam chociaż ją zobaczyć. Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe.
-Marc, masz kartkę i długopis?-spytałam po chwili ciszy.
-Czekaj...-zaczął grzebać w torbie treningowej. Wyciągnął z niej lekko pogietą kartkę, a chwilę później również prawie wypisany długopis. Miałam nadzieję, że starczy mi na to co będę chciała zrobić.
-Mam jeszcze jedna prośbę.-zbliżyłam się do niego.-Mógłbyś zostawić mnie na chwilę samą? Jak poprosiłam, tak zrobił. Pocałował mnie tak samo jak wtedy kiedy przyszedł i opuścił pokój. Podłożyłam sobie książke pod kartkę sięgłam po długopis i zaczęłam pisać:
-No to jesteśmy w komplecie.-zasmiał się doktor.-To jak?-chcą już państwo znać płeć waszej pociechy?-my pokiwaliśmy twierdząco głowami trzymając się za ręce.-Będzie to... Dziewczynka!
-Lisa...-powiedzieliśmy jak na zawołanie w tym samym momencie. Było to nadzwyczajne, ponieważ nie uwzglednialismy wcześniej jakie imię damy dziewczynce, a jakie chłopcu. Zaśmialismy się cicho i przytuliliśmy do siebie.
-No to ja już nie przeszkadzam.-puścił nam oczko i zniknął za białymi drzwiami. Kiedy na niego spojrzałam widziałam jak bardzo jest szczęśliwy. Nadal nie umiałam pogodzić się z tym, że za nie cały miesiąc stracę życie, Marca i Lise. Chciałam chociaż ją zobaczyć. Chociaż wiedziałam, że to niemożliwe.
-Marc, masz kartkę i długopis?-spytałam po chwili ciszy.
-Czekaj...-zaczął grzebać w torbie treningowej. Wyciągnął z niej lekko pogietą kartkę, a chwilę później również prawie wypisany długopis. Miałam nadzieję, że starczy mi na to co będę chciała zrobić.
-Mam jeszcze jedna prośbę.-zbliżyłam się do niego.-Mógłbyś zostawić mnie na chwilę samą? Jak poprosiłam, tak zrobił. Pocałował mnie tak samo jak wtedy kiedy przyszedł i opuścił pokój. Podłożyłam sobie książke pod kartkę sięgłam po długopis i zaczęłam pisać:
Marc, kiedy to czytasz zapewne nie ma mnie już na tym świecie. Pierwsze co chce ci powiedzieć to to, że ciąża nie była zagrożona. Liska była zdrowa, to ja byłam chora... Miałam raka mózgu, dlatego zawsze kiedy przychodziłeś byłam co raz słabsza. To dzięki uczuciu do ciebie nie przestraszyłam się tej choroby i walczyłam najsilniej jak potrafiłam. Mimo, że przegrałam tą walkę, udało mi się dać ci zdrową i jestem pewna, że piękną córkę, którą będziesz kochać tak samo jak mnie. Daj Lisie taką opiekę i szczęście jakie dostałaby również ode mnie. W szafce obok łóżka jest pamiętnik. Pilnuj go, bo kiedyś na pewno ci się przyda. Pamiętaj o mnie. Kocham cię.
Odkładając kartkę popadłam w niepochamowany napad płaczu. Nie potrafiłam nadal pogodzić się z tym, że za niedługo stracę coś najważniejszego i nie mówię tu tylko o życiu, ale mojej nowej rodzinie.
-Co się stało?-wszedł do sali pan Cattinitto.
-Nie, nic. Mam prośbę. Mógłby pan to dac mojemu chłopakowi w dniu mojej śmierci...?-pan nic nie powiedział, wziął ode mnie kartkę, uśmiechnął się lekko i wyszedł. Chciał pewnie powiedzieć, że nie umrę, ale dobrze wiedział jaka jest prawda, więc zapewne wolał się nie odzywać.
-Co się stało?-wszedł do sali pan Cattinitto.
-Nie, nic. Mam prośbę. Mógłby pan to dac mojemu chłopakowi w dniu mojej śmierci...?-pan nic nie powiedział, wziął ode mnie kartkę, uśmiechnął się lekko i wyszedł. Chciał pewnie powiedzieć, że nie umrę, ale dobrze wiedział jaka jest prawda, więc zapewne wolał się nie odzywać.
***tydzień później***
Wszyscy lekarze nagle zaczęli biec do sali numer 17. Jak pewnie się domyślacie to w niej właśnie przebywała Aniela.
-Panie doktorze co się stało?-zapytał przestraszony Marc, który stał przed salą i nie potrafił zrozumieć o co chodzi.
-Panna Rozuz właśnie rodzi.
-Mogę tam wejść? Mam prawo!
-Niestety w jej stanie nie wolno uczestniczyć panu w porodzie.-chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że i tak nie wygra. Pozostało mu tylko czekać. Dziecko zaczęło się rodzić miesiąc przed terminem. Bał się o Aniele jak i o ich dziecko. Po dwóch godzinach z sali wyszedł zrezygnowany lekarz. Marc jak poparzony wstał z krzesła. Przestraszył się, że stało się coś dziecku.
-Niestety... Ale pani Rozuz przegrała walkę z chorobą.-zdziwiony zbladł.
-Do cholery jaką chorobą?!
-Pan nie wiedział?-popatrzył na niego jak na jakiegoś idiote.-Tutaj wszystko jest napisane.-podał mu kartkę i wszedł spowrotem do sali. Marc otworzył ją i zaczął czytać. Nie wierzył w to co widzi. Ona była chora na raka i nic o tym nie wiedział. A on głupi myślał, że była taka przez ciąże. Siedział przed kawałkiem papieru i próbował wszystko sobie poukładać. Właśnie dotarło do niego, że ponownie ją stracił, ale tym razem już nieodwracalnie. Teraz najważniejszą kobietą w jego życiu miała być ich córka.
-Przepraszam?-trzęsac się podszedł do jednej z przełożonych.-Mógłbym wejść do mojej córki.-spytał niepewnie.
-Jasne, leży w inkubatorze. Proszę wejść.-wskazała mu drzwi, które znajdowały się po ich lewej stronie.-Tylko cicho. Nie zna Pana. Może się przestraszyć.-Marc wziął te słowa bardzo do siebie i szedł prawie, że na palcach.
-Hej księżniczko...-mówił zachrypnietym głosem, na jego te słowa malutka dziewczynka lekko się uśmiechnęła co bardzo zdziwiło jego jak i kobietę, która go tam wpóściła.-Twojej mamy już z nami nie ma.-otarł płynące jak rzeka po jego policzku łzy.-A-ale spokojnie ja się tobą zajmę. Jesteśmy razem i zawsze będziemy.-uśmiechnął sie i złapał za jej malutką rączkę przez otwór.-Nigdy nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził tak jak twoją mamusie. Obiecuję.
_____________________________________
No i jest. Ostatni rozdział... Teraz tylko epilog i niestety to już koniec tego opowiadania. Wyczekujcie Epilogu ;) Do nn :) ;*
-Panie doktorze co się stało?-zapytał przestraszony Marc, który stał przed salą i nie potrafił zrozumieć o co chodzi.
-Panna Rozuz właśnie rodzi.
-Mogę tam wejść? Mam prawo!
-Niestety w jej stanie nie wolno uczestniczyć panu w porodzie.-chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że i tak nie wygra. Pozostało mu tylko czekać. Dziecko zaczęło się rodzić miesiąc przed terminem. Bał się o Aniele jak i o ich dziecko. Po dwóch godzinach z sali wyszedł zrezygnowany lekarz. Marc jak poparzony wstał z krzesła. Przestraszył się, że stało się coś dziecku.
-Niestety... Ale pani Rozuz przegrała walkę z chorobą.-zdziwiony zbladł.
-Do cholery jaką chorobą?!
-Pan nie wiedział?-popatrzył na niego jak na jakiegoś idiote.-Tutaj wszystko jest napisane.-podał mu kartkę i wszedł spowrotem do sali. Marc otworzył ją i zaczął czytać. Nie wierzył w to co widzi. Ona była chora na raka i nic o tym nie wiedział. A on głupi myślał, że była taka przez ciąże. Siedział przed kawałkiem papieru i próbował wszystko sobie poukładać. Właśnie dotarło do niego, że ponownie ją stracił, ale tym razem już nieodwracalnie. Teraz najważniejszą kobietą w jego życiu miała być ich córka.
-Przepraszam?-trzęsac się podszedł do jednej z przełożonych.-Mógłbym wejść do mojej córki.-spytał niepewnie.
-Jasne, leży w inkubatorze. Proszę wejść.-wskazała mu drzwi, które znajdowały się po ich lewej stronie.-Tylko cicho. Nie zna Pana. Może się przestraszyć.-Marc wziął te słowa bardzo do siebie i szedł prawie, że na palcach.
-Hej księżniczko...-mówił zachrypnietym głosem, na jego te słowa malutka dziewczynka lekko się uśmiechnęła co bardzo zdziwiło jego jak i kobietę, która go tam wpóściła.-Twojej mamy już z nami nie ma.-otarł płynące jak rzeka po jego policzku łzy.-A-ale spokojnie ja się tobą zajmę. Jesteśmy razem i zawsze będziemy.-uśmiechnął sie i złapał za jej malutką rączkę przez otwór.-Nigdy nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził tak jak twoją mamusie. Obiecuję.
_____________________________________
No i jest. Ostatni rozdział... Teraz tylko epilog i niestety to już koniec tego opowiadania. Wyczekujcie Epilogu ;) Do nn :) ;*
Dlaczego to tak musiało się skończyć? Dlaczego nie ma happy endu? Wiem, że nie zawsze może być, ale..
OdpowiedzUsuńTo opowiadanie było naprawdę cudowne i czekam na kolejne Twojego autorstwa, bo mam nadzieję, że zaczniesz coś pisać. Jak nie teraz to w najbliższym czasie. ;*
No wiesz... Chciałam wam tym opowiadaniem pokazać, że nie każda historia kończy się szczęśliwie. Jeśli chodzi o moją dalszą twórczość to (mam nadzieję) się ucieszysz, bo jutro razem z zakończeniem tej historii startuje z nową. ;)
UsuńKochana... Przepiękny rozdział. Łezka pociekła pod koniec. Buziaki ;*
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci strasznie <3 oczekuj Epilogu, który powinien pojawić się już jutro ;)
UsuńSzkodą, że tak się skończyło i tak szybko. Ja również mam nadzieję, że zaczniesz pisać nowe opowiadanie :*
OdpowiedzUsuń